czwartek, 16 maja 2013

Leń o wakacjach/ Lazybones about holidays - Bieszczady vol. 2

Scroll down fo  English.

Dziś jestem leń! Bo:

- mam 6cio dniowy weekend
- spałam 12 godzin (czyli do 11!), co jest zupełnie nie tak jak zwykle
- bo jestem zmęczona, strasznie ostatnimi projekto - dniami
- bo jestem zmęczona po fitnesie (ale tylko fizycznie, bo psychicznie to oh! jeah!)
- bo ratuję się belgijskim Leffe i Corsedonk
- bo tak naprawdę, to podczas wakacji P. zrobił świetne zdjęcia, a ja nie

więc tu zalinkowuję dalsze wakacyjne bieszczadzkie wizualne doznania:

http://klinkosz.art.pl/?p=151

http://klinkosz.art.pl/?p=158

http://klinkosz.art.pl/?p=176

:-)



Spokojnego, ciepłego, udanego i wesołego weekendu! Nasz będzie na pewno wyspany, bo w końcu zamierzamy zakupić porządne wyrko!



Today I am lazy, because:

- my weekend is 6- day long
-  slept for  12 hours (till 11!), what is totally unlike me....
- ired, because of last days projects
- tired after fitness
- drinking Belgian Leffe and Corsedonk
- the truth is, during holidays P. took great photos, me not

here are links to the photos worth seeing:

http://klinkosz.art.pl/?p=151

http://klinkosz.art.pl/?p=158

http://klinkosz.art.pl/?p=176

:-)

have a good, warm, excellent and happy weekend! Ours is going to be slept well, as eventually we/re buying a decent sack!

niedziela, 12 maja 2013

Czas na RELAKS

Nina z bloga Marzeniami żyję relaksuje się przy piwku klasztornym. I jej pomysłem jest foto wyzwanie w tym temacie. Jako, że już popołudnie, światło do zdjęć liche, bo i niebo maksymalnie zachmurzone, biorę udział w tym wydarzeniu podając zdjęcie stare, ale ciągle jare i aktualne. Mam nadzieję, że się liczy?



Morze, z widokiem na morze, a nie na opalające się tłumy w tonacji od kredy do kakao, to dla mnie relaks nie z tej ziemi. 


A tu linki do relaksujących się Dziewczyn:




No i żeby nie zapomnieć, co dalej!

 


sobota, 11 maja 2013

Bieszczady vol. 1 - bies się czai/the evil lurks

“Imagination is intelligence with an erection.”  
                                                    Victor Hugo

A moja wyobraźnia miewa ogromne erekcje........

I już po urlopie, który przeleciał tak szybko jak odcinek najulubieńszego serialu lub kawałek najpyszniejszego ciasta (ciasto tak szybko nie przelatuje, no chyba, że śliwkowe ozdobione ogórami kiszonymi). 

Tym razem Bieszczady. Piekne, zielone, falujące, kolorowe, pachnące, zamglone, smaczne, energetyzujące, relaksujące i uspokajające - to na dzień dzisiejszy, kiedy sama sie z siebie śmieję. Inaczej było w noc przyjazdu.

Moje Bieszczady zaczęły się filmowo. Oglądaliście film "Niekończąca się Opowieść", w którym dzielny Atreyu walczy z rozprzestrzeniającą się 'nicością'? A może widzieliście film "Twentynine Palms", o parze szukającej dobrego miejsca do sesji fotograficznej na pustyni w Kaliforni?

Nie? To pierwszą baśń gorąco polecam, drugi film tylko dla miłośników przemocy, o mocnych nerwach. 

Tak? To pewnie domyślacie się jakie figle spłatała mi wybujała wyobraźnia. 


O godzinie 23 dybka i P. wjechali na Bieszczadzkie pełne dziur drogi. Było ciemno, było głucho, było straszno.

'nicość nas ogarnia...' - pomyślała bardzo przytomnie dybka, wyglądając za tylną szybę auta, za którą było widać jedynie czarną dziurę. Poczułą się wtedy jak Atreyu, tyle, że zamiast na rączym rumaku, to na nie mniej rączych koniach mechanicznych. Było to całkiem niezłe uczucie. 
Przez szybę przednią widać było nie dużo więcej, stąd częste wizyty w głębokich dziurach oraz gwałtowne hamowanie. 
'tak ciemno, tak wolno jedziemy' - pomyslała dybka i elokwentnie dodała w myślach- "pewnie czają się tam jakieś dzikuny". 
Ale nic nie powiedziała, gdyż zamyśliła się nad własną elokwencją i dzikunami. 

Raptem w oddali pokazało się jasne światło.

- Uwaga!, to na pewno złoczyńcy jadą z przeciwka! - dybka sama siebie zadziwiła tym bystrym spostrzeżeniem. Złoczyńcy składali się z jednej bardzo długiej nogi i świecącego oka, lukającego na okolicę. 

- No, a co jeśli ktoś jakiś drut kolczasty rozwinął w poprzek drogi i czeka na zbłąkanych turystów? - dybka nie dawała za wygraną - i zaczaił się za rogiem, opony bum, przebite.....

 Minęło kilka kilometrów. 

- Ale te wszystkie wsie wyludnione..... Ciemne, złowrogie okna, ujadanie psów w oddali, ani żywego ducha.... - to bystra dybka

- Jest dwunasta w nocy! - to sensowny i wtedy jeszcze dość rozbawiony P.

Minęło kilka kilometrów.

- Czemu wyłączyłaś radio? - to szczerze zdziwiony i już mniej rozbawiony P.

- Bo nie słyszę, czy się ktoś nie czai....

Minęło kilka kilometrów.
- Coś jedzie z tyłu - powiedziała słabym głosem dybka, po czym wygrzebała z torby z prowiantem na drogę długi nóż. Trzeba się wszak mieć na baczności.

Na pytający wzrok P., zupełnie już nierozbawionego powiedziała:
- Aaaaa, no bo ja muszę coś mieć!

- Ten samochód się zbliża! Zaraz weźmie nas na zderzak i zepchnie do rowu.....! - dybka coraz mocniej zaciskała pięść na rękojeści noża.

- O nie! Wyprzedza! Pewnie gwałtownie zahamuje i zajedzie nam drogę!

- A nie, pojechał...... - nóż opadł na podłogę.

Minął jakiś czas.
- Zatrzymuje się! - sokole oko dybki wypatrzyło oddalone o pięć metrów swiatła hamowania, a nóż niepostrzeżenie znalazł się w ręku.
- Zostaw ten nóż!
- Jeszcze mi podziękujesz!

Samochód zatrzymał się, puścił nas przodem i ruszył wykorzystując nas jako wykrywacza dziur.

- Na pewno nas śledzi! - dybka wykazała zdolności jasnowidztwa

Tak, tym bardziej, że chwilę potem skręcił w zupełnie inna drogę. 

To były najdłuższe dwie godziny.... O 01.20 dojechaliśmy na miejsce, a potem to było już wspaniale (jedynie czające się wszędzie wyimaginowane niedźwiedzie oraz możliwość, że zarówno właściciele pensjonatu jak i współmieszkańcy mogliby okazać się psychopatami, zaprzątała mi czasami głowę).  
I kto tu jest szurnięty?
 


W następnym odcinku następne opowieści.

A Wy macie jakieś dziwaczne obsesje? Bo ja chyba za dużo oglądam :-P



Bieszczady vol. 1 - the evil lurks

“Imagination is intelligence with an erection.”  
                                                    Victor Hugo

And my imagination can have an enourmous erection....

Holidays are coming to an end. This time we went to Bieszczady. Beautiful, picturesque, aromatic, energetic, relaxing and comforting - now I think so, when I am laughing at myself. In the night when we came there, everything seemed to be different. 

My Bieszczady adventure started as a film, two films to be precise. Have you ever seen 'The Neverending story', wherebrave Atreyu fights the omnipresent 'nothingness'? Have you ever seen 'Twentynine Palms', about a couple looking for a location for a magazine photoshoot in the Californian desert?

No? I highly recommend the first. The second, only for amatours of violence with nerves from steel.

Yes? So probably you might guess what strange visions my imagination provided for me.
At 11 p.m. dybka and P. entered Bieszczady. Roads there are full of holes. It was dark, it was silent, it was terrifying.

'nothingness is embracing everything...' - dybka thought, looking out of the rear car window and seeing only a black hole.

The visibility was no better through the front screen, thus they landed in those holes in the road very often.

'it's so dark and we're driving so slowly...' - thought dybka, and added - 'there must be thousands of wild beasts in the darkness...'
But she said nothing, pondering over those beasts. 
 
Suddenly a light appeared in front of them. 

- It must be villains going our way! - dybka was herself surprised by herbright remark. It turned out, vilains had one long leg and a bright eye watching the neighbourhood - it was a lamp.

- What if somebody spread barbed wire across the road and is waiting for the tourists? The tyres go bum and.............

Several kilometres later.

- All those villages are so empty... dark, baleful windows glancing from the darkness, no people around..... - it was bright dybka

- It's 12 p.m.! - it was rational and still amused P.

Several kilometres later.

- Why did you tunr off the radio? - P. was not as amused as before

- I want to hear is anyone is lurking in the darknes.....

Several kilometres later.

- Some car is following us - dybka said, and then she dug out a knife from the bag with food. One needs to be prepared.

When P. looked at her with a question in his eyes, she said:
 
- Aaaa! I need to have something!

- This car is getting closer! It will hit us with his bumper and push us into the ditch! - dybka was still holding onto the knife.

- O no! It's taking us over! Sure, it'll break suddenly and cut off our way!

- Ok, it's gone - the knife fell on the floor.

Several kilometres later.


- It's stopping! - dybka's eagle eye noticed the car's breaking lights and the knife returned to the hand.
-Put the knife down!
- You'll thank me later!

The car stoped, let us take it over and started again, using us as a hole detector.

- It must be following us! - dybka did not know before she is a psychic.....

Yeah, especially that it turned into a totally different road.

It was the longest two our drive in my life.... at 01.20 we reached our destination and from this time on it was great! (only imaginary bears lurking in the woods and the possibility that both, the owners of the hotel and other guests are insane, preoccupied my thoughts, sometimes.)

piątek, 26 kwietnia 2013

marchewką czy kijem..../ a carrot or a stick...

Post ten napisany zostanie w związku z igraszką zorganizowaną przez Deli, Pestkę i Andźkę o marchewce, kiju i motylach. Ja bym najchętniej marchewkę zeżarła, kijkiem pobawiła się z psem, a motylków się trochę boję, bo mają gębki jak ćmy. W każdym razie temat jest ROMANTYCZNY

- haha - zaśmiałby się każdy, kto mnie dobrze zna!

Bo ja jestem nieromantyczna i nawet nie mogę patrzeć gdy na filmie bohaterowie biegną w swoją stronę wśród łanów falującego na wietrze zboża. 




- a nie szkoda im tego deptać? - myślę sobie. I przed oczami staje mi goniący naszych romantycznych bohaterów gospodarz w kaloszach uzbrojony w widły. I swojski zapach wsi unosi się w powietrzu.


Nieromantyczny klucz do romantycznych związków zakłada:

brak występów w scenach takich, jak powyższa. (ale jeśli już trzeba, to:)

brak zwracania uwagi na osoby postronne (czyli tu akurat gospodarza) i nie przejmowanie się tym, co myślą (ale depczą moje łany!), ani też okolicznościami i otoczeniem (achhhhhh, ten swojski zapach).

absolutne zjednoczenie sił osób pędzących przez łany (szybciej, szybciej, bo jak nas widłami dźgnie to będzie klapa)

totalną wzajemną pomoc (wskakuj mi na barana ślamazaro!......) w obliczu zbliżających się wideł

wzajemną akceptację osób  pędzących przez łany (.....bo z tym jednym okiem, kulawą nogą i ogromnym złotym łańcuchem na szyi daleko nie zabiegniesz!)

chęć do lekkich zmian jak też i ich motywowanie (no, a swoją drogą, to ściagaj ten złoty łańcuch)

humoru dużo (mimo widma wideł zatopionych w zadku, pędzącym uśmiech nie znikał z gąb, a może to pęd powietrza.........)

no i uuupssss, gdy uciekinierzy zajmowali się sprawą łańcucha, na drodze stanął stóg siana......................................

Deli, Pestko i Andźko - świetna zabawa! 

Nie ma to jak rozpocząć w ten sposób WAKACJE!!!! JE JE JE

Trzymajcie się i do przeczytania za dwa tygodnie, bo tam gdzie jadę nie będzie internetu - czyli głusza pełną gębą (no i gęba na pewno będzie pełna smakołyków nom nom nom).
 
A carrot and a stick........

This post wil be written in connection to the innocent play organised by Deli, Pestka ans Andźka, about a carrot, a stick and butterflies. I would scoff down the carrot, give a stick to a dog and as for butterflies... I am a bit scared as their little faces look like moths' faces. Nevertheless, the theme is ROMANTIC.
- haha - somebody who know me well would laugh!

As I am totally not romantic, I cannot even watch when the characters in the film are runing towards each other through the fields of crops waving in the wind.

- it will all be ruined - I am thinking and imagining a farmer in wellingtones and brandishing a manure fork, who is chasing our characters. And a country stench is in the air.
'Aromantic' key to a romantic relationship: 

avoiding being one of the characters in such scenes as above (but if you really must, then:)

lack of interest in the outsiders (the farmer in this case) and what they think (they'll ruin my crops!) and in the surrounding circumstances (oh, what a rural stench!)
absolute unification of power of the people running through the field (faster, faster! or he will jab us with his fork!)

mutual help (hop on the piggy back, you  slowcoach!........) in the face of approaching fork

mutual acceptance between the people running through the field (...... because with just one eye and one leg and this big gold chain you will not go far!)

willingness to change a bit and giving a meaningful motivation towards it (take off this stupid chain, will you?!!!)

sense of humour (in spite of the visualisation of the fork jabbing their backsides, the running are grinning from ear to ear, or is it the rush of air?)

and uuuppssss, while they are talking about the gold chain, a haystack appears suddenly on their way..................................

THE END

And now it is time to start relaxing holidays!

wtorek, 23 kwietnia 2013

I like my bike vol. 1

Scroll down for English

Podobno prawie każdy Holender ma dwa rowery. Podobno już niemowlaki ruszają nóżkami w takt kręcenia pedałami. Na pewno sezon rowerowy trwa rok cały, zimą to raczej pubowo - pracowy sezon, ale wiosną, latem i jesienią piknikowo - wycieczkowo - szybkościowy do tego jeszcze dochodzi.

My też, posiadając rowery sztuk trzy na dwie osoby, prawie wtapiamy się w tło. Oczywiście nie wizualnie (no bo kto zdrowy na umyśle jeździłby na dwóch rowerach na raz...?), ale mentalnie i posiadająco.

Jako, że sezon wycieczkowo - piknikowo - szybkościowy (no może ten człon ostatni trochę u mnie kuleje, co nadrabiam pilnie dwoma pierwszymi) rozpoczęty, czas na pierwszy odcinek rowerowej etykiety.

Teraz, po kilku latach, nie jeździmy już z gębą rozdziawioną. 

W odcinku pierwszym kilka słów o ścieżkach rowerowych, czyli czemu Holendrzy jeżdżą po dróżkach dla pieszych.

Na początku, zanim jeszcze rowery nasze dojechały, przemierzaliśmy miasteczko na piechotę, wywołując zdziwienie w oczach wielu mijanych rowerzystów, gdyż przechodzień, nie spacerujący po centrum, czy nad rzeką, ale w odleglejszych rejonach, jest rzadkim okazem. 

Spacerowaliśmy grzecznie, po wyznaczonych do tego ścieżkach 'fietspad', no bo przecież 'fiet' to z pewnością 'foot', czyli 'fietspad', to musi być ścieżka dla pieszych.

- Co oni robią?! - byliśmy oburzeni na rowerzystów jeżdżących po scieżce dla pieszych, przez których kilka razy o mało nie zaliczylismy kanału. Strasznie te piesze scieżki niebezpieczne!

Potem przyjechały rowery. A razem z nimi w pudle z książkami zapomniany słownik.

'fiets' = 'rower'.


- Czy w Holandii są ścieżki rowerowe?
- Są.
- A gdzie są? (prościej odpowiedzieć byłoby na pytanie: A gdzie nie ma? Nigdzie!)

Na głównej drodze, na niegłównej drodze, na moście, pod mostem, nad kanałem, w lesie (gdzie? ehhh, las to temat na inną historię...), w mieście, na wsi, na polu, wzdłuż autostrady, pod autostradą, nad autostradą, wzdłuż torów..................

Wiosną, na tych polnych i wiejskich, króluje fauna w postaci owiec i ich kupek, między którymi zręczny rowerzysta dzielnie slalomuje. Latem za to, króluje żar słoneczny, a zręczny rowerzysta slalomuje pomiędzy rzadkimi plamami cienia. Jesienią i zimą nie króluje nic, ponieważ owce i ich kupy siedzą w oborach, żar słoneczny już dawno zapomniany, a liście i śnieg są pięknie odgarnięte, ścieżki suche i równe. 

Suchsze i równiejsze niż autostrada....


I like my bike vol. 1

Rumour has it that almost every Dutch person has got two bikes. Rumour has it that babies are moving their legs in the 'rythm' of cycling from the day they are born. Surely, the cycling season lasts the whole year: in winter it is rather 'pub and work season', whereas in spring, summer and early autumn also 'picnic-trips-speed season'. 

We, having three bikes for just two people, blend in perfectly. not visually of course (who, being sane, would cycle on two bikes at the same time...?), but mentaly and possesively.

'Picnic-trip-speed' season is open, time for some info about cyclingtiquette. Now, after a couple of years, we are not struck dumb each second anymore.

At first, before our bikes arrived from Poland, we were walking everywhere, surprising all the cyclists, as pedestrians (especially in the outskirts of the town) are rather unusuall. 

We were stroling were nicely, on the specially designated paths called 'fietspad'. 'Fiet' = 'foot', 'pad' = 'path'. Logicall, isn't it?

- What are they doing?! - we were really annoyed by cyclists riding on a foothpath. What a dangerous place this footpath!

Then our bikes arrived from Poland. Together with a forgotten dictionary. 

'fiets' = 'bike'.

 - Are there any bicycle lanes in The Netherlands?
- Yes.
- Where? (well, easieris to answer a question 'where not?' Nowhere!)

Along a main road, along not-a-main road, on a bridge, under a bridge, along a canal, in the forest (where?! forest - a topic for some other post...), in a city, in a village, on a field, along a highway, under a highway, above a highway, along a railroad...........

In spring, all those country and field bike lanes are filled with omnipresent fauna in a shape of sheep and their poo, between which an agile cyclist is bound to slalom in order to avoid getting into contact with those little brownish things.  In summer, the heat reigns, and an agile cyclist is bound to slalom under the spots of shade. In autumn and winter, an agile cyclist does not have to slalom, because everything - leaves and snow - is nicely cleaned up. Lanes are dry and smooth. Drier and smoother than a highway....

sobota, 13 kwietnia 2013

zbankrutowany sklepikarz / bancrupt shop owner

Scroll for English

Gdybym była sławną nauczycielką (zakładając, że nauczyciel wogóle może być sławny), i gdyby sławny dziennikarz zrobiłby ze mną wywiad, powiedziałabym:

- Nie, nie lubię, gdy wszystko jest takie samo przez dłuższy czas. Nie, nie przeszkadzają mi zmiany. Nie, nie uważam, że zaczynanie od początku skazuje na straty wszystko, co się robiło wcześniej.


Co za pesymistka! -  skomentowałby ktoś nieuważny - trzy razy nie, i to na początku każdego zdania!

Co za optymistka! - skomentowałby ktoś inny, przeczytawszy uważnie, że tak naprawdę te trzy 'nie' oznaczają 'tak dla zmian'.

No i wlaśnie, pozmieniane trochę na blogu będzie. Albo zamknę go, jak zabankrutowany sklepikarz, albo zmienię, jak zbankrutowany sklepikarz wykazujący lekkie objawy kreatywności (a może tylko kopniety oślim kopytem podczas transportu i dlatego tak mu się kiwa głowa...).

A poza tym, to nie wierzę, że ktokolwiek zagląda tu jedynie ze względu na wykwintne przepisy.



If I were a famous teacher (supposing a teacher can be famous), and if some fomous journalist was interviewing me, I would say:

- No, I don't like when things are the same for a long time. No, I don't mind changes. No, I don't think starting again is a waste of what we had done before. 

Oh, what a pessimist, somebody would say, three times 'no' at the beginning of each sentence. 

Oh, what an optimist, some other person would say, observing closely, that each 'no' actually means 'yes, for something new'.

And here it is. Changes here, on my blog, as either I will shut it down, like a bankrupt shop owner or change it, like a bankrupt shop owner showing creativity traces. 

Actually, I do not really suppose you were coming here for the luxurious recipes.

niedziela, 7 kwietnia 2013

Polityczna pieczona marchewka z awokado / Political baked carrot

Scroll down for English.

Powszechnie przyjęte jest, że po Świętach (obojetne jakich) należy wracać do sylwetki baletnicy (lub baletmistrza). Tym bardziej po wielkanocnych, bo przecież niedługo lato. Postanowiliśmy tym razem być konformistami pełną gębą i nabierać na lato sylwetek łabędzi na jeziorze (może być problem z szyją, ale od czego jest wałek?). 

Sałatka z pieczonej marchewki i awokado według Jamiego Olivera.

W swoim przepisie J.O. proponuje użyć marchwii w kilku kolorach. Przeleciałam więc warzywniaki, ryneczki i tureckie sklepiki. Jedyną marchwią jaką znalazłam była pomarańczowa. Fakt, różnej wielkości, koloru jednak tego samego. 

Czy to przypadek, że w Holandii, gdzie panuja dynastia Orańska (oranje = pomarańczowy), można kupić marchew jedynie w tym kolorze? Nie, marchewka jest polityczna. 

W XVII wieku farmerzy, aby oddać hołd królowi Whelmowi Orańskiemu, który walczył o holenderską niepodległość, zaczęli uprawiać właśnie pomarańczowe marchewki. Tak już zostało.

Naukowcy twierdzą, że pomarańczowe marchewki występowały rzadko przed XVI wiekiem. Kolorów było za to całe spektrum, piękne głębokie fiolety i czerwienie, żywe żółcie...

www.nextnature.net

Pomarańczowa marchew powstała prawdopodobnie poprzez połączenie wschodniej, fioletowej odmiany, z zachodnią, białą i czerwoną. 

Holenderska pomarańczowa marchewka została po raz pierwszy wymieniona na pismie w 1721 roku. A co na piśmie zostawało wymieniane, to istniało.

Składniki na dwie osoby (trochę zamienione lub zmodyfikowane z powodu braku oryginalnych lub czytania nie po kolei):

6 - 8 marchewek z pęczka
łyżeczka kuminu - nasion lub mielonego
łyżeczka suszonej papryczki chilli
sól morska i świeżo zmielony pieprz
ząbek czosnku
tymianek - listki z dwóch gałązek lub łyżeczka suszonego
oliwa z oliwek
ocet winny
pół pomarańczy
pół cytryny
1 dojrzałe awokado
2 garście mieszanych sałat
kwaśna śmietana (kleksy do sałatki)
2 łyżki uprażonych mieszanych ziaren

Rozgrzewamy piekarnik do 180 stopni. Marchewki obgotowujemy w osolonej wodzie, jakies 10 minut, odcedzamy i przekładamy na blachę. Podczas, gdy się gotują, tłuczemy w moździerzu kumin, chilli, pieprz i sól, dodajemy czosnek, tymianek i tłuczemy dalej. Dodajemy oliwę tak, aby przykryła pastę, a następnie łyżkę octu winnego. Mieszamy składniki i polewamy marchewki na blasze. Mieszamy, żeby dobrze pokryły marchewki. Dokładamy połówkę pomarańczy i cytryny, miąższem do dołu i wstawiamy do piekarnika na jakieś 25 - 30 minut (góra dół, na wyższą półkę). Obieramy i kroimy awokado na podłużne cząstki - plastry. Kładziemy na talerzu, dokładamy upieczone marchewki. Sok z upieczonej cytryny i pomarańczy wyciskamy szczypcami do miseczki, dodajemy trochę oliwy i ocet winny. Przyprawiamy solą i pieprzem, polewamy marchewkę i awokado. Dokładamy sałaty, mieszamy, posypujemy ziarnami, dodajemy kleksa śmietany i zajadamy z bagietką.






Orange baked carrot salad

It is common  trend that after different celebrations, where extensive eating is included, everyone is willing to go back to a ballerina silhouette. Especially this time after Easter, as the swim suit season is approaching. 

This time, we decided to be totally conventional and try to get lake swan silhouettes (a neck might be a problem, but what is a rolling pin for?).

Baked carrot and avocado salad according to Jamie Oliver's recipe.

In his recipe J.O. suggests using multicolour carrots. I ran around al the supermarkets, vegetable markets, Turkish delicatessen..... nothing. Just orange everywhere. 

Is it a pure chance that finding a different than orange colour carrot in Holland is so difficult? No, carrot is political.

In XVII century, farmers in order to honour King William of Orange who was fighting for Dutch independence, started to grow orange carrots. 

Scientists claim, that orange carrots were a rarity before XVI century. The most popular colours were: purple, yellow or red.

Ingredients for two people:

6 - 8 carrots (from a bunch)
1 teaspoon of ground caraway
1 tablespoon of dried ground chilli pepper
sea salt and freshly ground black pepper
1 clove of garlic
thyme - leaves from two sprigs or 1 teaspoon of dried
olive oil
wine vinegar
half of orange and lemon
1 ripe avocado
2 handfuls of mixed salad
sour cream (two tablespoons)
2 tablespoons of fried mixed seeds

Heat the oven to 180 degrees. Cook the carrots in salted water for about 10 minutes, then rinse and put on a roasting tin. In the meantime, grind caraway, chilli, salt and pepper in a mortar. Add garlic, thyme and grind some more. Add olive oil, so that it covers the ingredients (or a bit less) and a table spoon of wine vinegar. Mix, and pour over the carrots. Put halves of orange and lemon on the tin (flesh down) and put into the oven. Bake for about 25 - 30 minutes. Peel avocado and cut into long, thick slices. Divide it onto the plates and add baked carrots. Juice the fruits into a bowl, add some olive oil and vinegar, season with salt and pepper and pour onto carrots and avocado. Add mixed salads, sprinkle with seeds, add a splash of cream and eat with a fresh baguette